"Nuda? Nie znam takiego pojęcia". Wywiad z Bogdanem Wiśniewskim

 

wykorzystane zdjęcie: archiwum B. Wiśniewskiego (foto: Jacek Cherek)

 

13.04.2022

 

Bogdan Wiśniewski - nauczyciel, polonista, promotor kultury. Przez wiele lat związany z pelplińskim liceum. Nie mam wątpliwości, że dzięki swojemu zaangażowaniu popularyzatorskiemu, bogatej wiedzy, erudycji oraz mnogiej liczbie przeprowadzonych lokalnych inicjatyw kulturalnych, może być traktowany jako wzór do naśladowania. Poniżej publikuję wywiad jaki przeprowadziłem z panem Bogdanem na początku marca br. Zachęcam do lektury!

*  *  *

  

Pedagog, polonista, promotor kultury, aktywista lokalny - z którą z pełnionych funkcji najbardziej się pan utożsamia?

 

- Nie lubię słowa "aktywista", bo ono ma ostatnio dość nieciekawe konotacje... Odpowiadając jednak wprost na pytanie: wszystkie te funkcje łączy jedna cecha - jest nią kreatywność. Starałem się być aktywny na wielu polach. Nauczycielem zostałem 48 lat temu. To był mój świadomy wybór. Co prawda wcześniej skończyłem gdańskie Technikum Komunikacyjne, uzyskując tytuł technika-elektryka w specjalności trakcja elektryczna, ale technikiem-elektrykiem, aby nikt nie miał tutaj żadnych złudzeń, byłem i jestem wyłącznie formalnie. Po maturze, ku zdziwieniu moich nauczycieli, poszedłem na polonistykę. Zrobiłem to jednak w pełni świadomie. Lubiłem czytać. Lubiłem uczyć się i uczyć innych. Uważałem i uważam nadal, iż każda działalność powinna przynosić zadowolenie. Praca nauczyciela jest właśnie takim rodzajem aktywności, który przynosił mi wielką satysfakcję. 

 

Dzisiaj, mimo że jest pan na emeryturze, nadal jest pan bardzo aktywny publicznie...

 

- ...bo bycie człowiekiem aktywnym jest najważniejsze. Proszę mnie jednak dobrze zrozumieć - to nie jest tylko taka sytuacja, że ja robię coś dla kogoś, że pozytywny efekt tej aktywności idzie tylko w jednym kierunku: dla uczniów, społeczeństwa, do ludzi, którzy podejmują moje inicjatywy. To jest dobre także... dla mnie. Staram się być aktywny, aby nie stetryczeć! (śmiech). 

 

Czyżby lęk przed tradycyjnie postrzeganą emeryturą jest dziś "spiritus movens" pana działalności?

 

- Może zabrzmi to trochę dziwnie, ale nigdy w życiu się nie nudziłem. I tak pozostało do dzisiaj, kiedy jestem na emeryturze. Zaangażowałem się w tyle różnych zajęć, że po prostu nie potrafię się nudzić. Najwyżej się martwię, czy wszędzie zdążę, czy wszystko zdołam zrealizować tak jak trzeba, w terminie i zgodnie z założonym planem. Nie można jednak mówić, że ja i ludzie do mnie podobni, poświęcają się, przeznaczając swoje życie, swój czas uczniom, szkole, działalności kulturalnej, czy popularyzatorskiej. Nie, to nie jest poświęcenie. To jest rodzaj aktywności, która wypływa z tkwiącej w człowieku potrzeby działania. A dzięki tej aktywności służymy innym.

 

Z perspektywy lat, z perspektywy tego wszystkiego, co pan osiągnął i w czym pan brał udział, czy zmieniłby pan jakieś swoje wybory? Zaangażował się w inną inicjatywę?

 

- Nie sądzę. Nie należę do ludzi, którzy mówią, że gdyby udało się cofnąć czas, to podjęliby inne decyzje. Nie mówię oczywiście, że wszystko to, co zrobiłem było doskonałe, bo tak nie jest. Natomiast nie widziałbym siebie w jakiejś innej roli. Przez wiele lat byłem nauczycielem, wicedyrektorem i dyrektorem szkoły, animatorem kultury. I – jak mówiłem wcześniej – te aktywności przynosiły mi wiele satysfakcji. I przynoszą nadal! Jestem na emeryturze od sześciu lat. Przez ten czas angażowałem się w mnóstwo różnych zadań: organizacja koncertów, konferencji, gier miejskich, przygotowanie audycji radiowych, pisanie artykułów, redakcja książek. To było możliwe, bo miałem takie, a nie inne zainteresowania. To było możliwe, bo poznałem ludzi, których wiedza, możliwości czy umiejętności pomagały mi w realizacji różnych projektów. 

 

W ciągu blisko 50 lat pracy nauczyciela musiał pan pewnie wielokrotnie dostosowywać się do wymagań nowych pokoleń. Mógł pan obserwować zachowanie młodych ludzi, ich poglądy w różnych epokach. Jak te zmiany wyglądały pana oczami? Czy można porównywać 17-18 latków z lat 80. z ich rówieśnikami z początku XXI wieku? 

 

- Tutaj może zaskoczę. Otóż praca z młodzieżą w ciągu tych wielu lat niespecjalnie się zmieniła. W latach 70., 80., 90. i w kilkunastu latach tego wieku młodzież w zasadzie była taka sama. Oczywiście zmieniały się systemy polityczne, programy nauczania, kanony lektur. Młody człowiek ciągle pozostawał jednak taki sam. Był zawsze nieukształtowany, ciekawy świata. Ale co też istotne – zawsze chciał, aby traktować go jako partnera. Tak było 40-50 lat temu. Tak było na przełomie wieków. Tak było, kiedy odchodziłem na emeryturę. Owszem, w tej chwili młodzi ludzie są narażeni na znacznie więcej pokus. Spora grupa nastolatków spędza wiele godzin przy laptopach, smartfonach, telefonach, będąc odbiorcami nieustającego potoku różnych bodźców. Także takich, które mogą mieć destrukcyjny wpływ na ich osobowość.

 

Wydaje mi się, że poruszył pan teraz bardzo ważny temat. Czy istnieje jakiś sposób, aby wykorzystać fakt, iż młodzi ludzie - czy nam się to podoba, czy nie - siedzą po tych kilka godzin dziennie w smartfonie i scrollują różnego rodzaju informacje? Może powinniśmy to traktować jako swego rodzaju potencjał? Może dałoby się to jakoś wykorzystać? Czasy się zmieniają, a przede wszystkim zmienia się technologia. Czy nie właściwsze byłoby bardziej elastyczne podejście w stosunku do tej technologii, a która - co istotne - zmienia się właściwie z pokolenia na pokolenie? Gdy chodziłem do liceum 20 lat temu, to nie wyobrażałem sobie, że kilkanaście lat później całą wiedzę będziemy czerpać z telefonu...

 

- Żeby była jasność: nie należę do ludzi, którzy demonizują media elektroniczne. Sam mam konto na Facebooku, z którego regularnie korzystam. Mam wnuki, które są w wieku nastoletnim i wiem, że gdyby zakazać im korzystania z mediów elektronicznych, to by się ich de facto zubożyło. Ograniczyłoby się ich możliwości. Korzystanie z Internetu przynosi bowiem bardzo wiele dobrych owoców. Wymagana jest tylko jedna rzecz: chodzi o kontrolę treści, do których dzieci docierają i które chłoną. Kontrola powinna być zarówno ze strony rodziców, jak i szkoły. Co istotne – według takiej kolejności: dom zawsze na pierwszym miejscu. Wszystko po to, aby korzystać z technologicznych dobrodziejstw w sposób, który nie przyniesie szkody młodym ludziom, a wręcz odwrotnie - będzie kształtował ich inteligencję, ale także wzmagał chęć poznawania świata. 

 

Wspominał pan, że jako nauczyciel przepracował w szkole blisko pięć dekad. Czy w tym czasie miały miejsce takie wydarzenia, które w sposób niekwestionowany wpływały na młodych ludzi? Zmieniały ich postrzeganie świata lub poglądy? Wpływały na dokonywane wybory?

 

- Zacznę od tego, że młody człowiek ma prawo do buntu. I znacznie częściej korzysta z tego prawa niż ludzie starsi, dojrzali, czy tacy jak ja (śmiech). Mówiąc już jednak całkiem serio, pamiętam doskonale lata stanu wojennego. Pamiętam, że uczniowie pelplińskiego ogólniaka nosili w klapach marynarek oporniki jako symbol sprzeciwu wobec ówczesnej PRL-owskiej władzy. Drobiazg, symbol, ale jednak miał znaczenie. W tym kontekście mam wrażenie, że ci ludzie – urodzeni w pierwszej połowie lat 60. – byli bardziej zaangażowani w to, co się wokół nich działo. Oni czuli to, co działo się w Polsce i na świecie, mimo że nie było wówczas wolnych mediów, nie było Internetu, a dostęp do rzetelnych informacji był istotnie ograniczony. Wydaje mi się, że obecne młode pokolenie mniej się angażuje w sprawy natury politycznej czy społecznej. Co nie znaczy wcale, że współczesna młodzież jest w jakiś sposób gorsza od tej, która żyła kilkadziesiąt lat temu. Powiem coś, co będzie trąciło banałem: młody człowiek jest zawsze taki sam. To świat się zmienia. Wspominałem o tym przed chwilą – obecnie jest dużo więcej możliwości rozwoju, jak i pokus zejścia na manowce. Poza tym kiedyś młody człowiek musiał sobie zagospodarować czas wolny, nikt mu nie podsuwał gotowych rozwiązań. Taki nastolatek musiał dokonywać bardziej świadomych wyborów. Musiał sam zdobyć informacje, dokonać krytycznej analizy, przemyśleć sprawę. Musiał się angażować. W tej chwili wszystko jest podane "na tacy". Wszystko jest na ekranie smartfona. Na wszystkie kwestie są gotowe odpowiedzi. W konsekwencji młody człowiek jest bardziej pasywny niż kiedyś. 

 

Czy to znaczy, że dziś trudniej jest ukształtować młodego człowieka?

 

- Tak. Dziś jest to trudniejsze zadanie. Powodów jest oczywiście kilka, o części już wspominałem. Na pewno kiedyś nauczyciel miał większy autorytet. Z tym co mówił wychowawca się nie dyskutowało. Nie kwestionowało jego zdania. Dzięki temu łatwiej było kształtować pożądane postawy. Poza tym dawniej młodzi ludzie nie mieli tego, co mają dzisiaj. Nie mieli atakujących ze wszech stron mediów, w których narracjach i przekazach łatwo się pogubić. To ma wpływ na człowieka wchodzącego w dorosłość. To ma wpływ na jego myślenie, na to jak będzie postrzegał świat składający się z tysięcy sprzecznych ze sobą informacji. Zgadzam się w pełni z poglądem, że praca nauczyciela kilka dekad temu była w jakimś sensie łatwiejsza. Szkoła nie ma obecnie takiego wpływu na młodego człowieka, jaki miała kiedyś.

 

Czy jest jakakolwiek szansa, aby to się zmieniło? Czy jest szansa na to, aby nauczyciele cieszyli się ponownie dużym autorytetem?

 

- Nie sądzę. Powiem nawet, że nauczyciele w ostatnich latach tracą autorytet, jaki jeszcze posiadali. Przyczyn takiej sytuacji jest bardzo wiele. Po pierwsze: młodzi ludzie mają dziś dostęp do wielu przeróżnych źródeł informacji, które - mówiąc oględnie - są poza jakąkolwiek kontrolą szkoły. Nauczyciele i szkoła, w odróżnieniu od sytuacji sprzed np. 30 lat, nie są już tymi - zaraz po rodzicach - najważniejszymi dostarczycielami wiedzy, a wielu pedagogów nadal chciałoby taką rolę pełnić. Po drugie: nauczyciele znacznie częściej angażują się w różne inicjatywy o charakterze politycznym czy ideologicznym. Czasami robią to – niestety – bez wyczucia i kalkulacji konsekwencji dla siebie i swojego zawodu. Trzy lata temu z przerażeniem obserwowałem medialne akcje niektórych strajkujących nauczycieli. Piosenki, wierszyki, dziwaczne happeningi o tym, jak ciężki jest los polskiego nauczyciela. Niestety, czasami to było po prostu żenujące. Nauczyciele mogą oczywiście protestować, mają pełne prawo wyrażać swój sprzeciw wobec tej czy innej władzy. Wynika to z istoty demokracji. Ale ważna jest również forma protestu. Jeśli nauczyciele podczas strajku nieprzymuszani przez nikogo sami z siebie zrobili kabaret, to nie można oczekiwać, że później będą traktowani poważnie przez swoich uczniów, że będą szanowani przez młodych ludzi, że inni będą w nich widzieli autorytety.

 

Takie formy protestu aż prosiło się wykorzystać przeciwko nauczycielom...

 

- Tak. Oczywiście, że publikowanie filmików z nauczycielami przebranymi za krowy zostały później wykorzystane w narracjach przeciwko temu protestowi. Ale inaczej być nie mogło. Skoro sami protestujący nauczyciele podsuwali na tacy takie rzeczy. To musiało się tak skończyć. Kto jak kto, ale pedagog powinien znać poczucie smaku. 

 

Niemniej sam protest wydawał się być potrzebny. Jednym z postulatów było bowiem podniesienie niskich zarobków nauczycieli.

 

- Nauczyciele nigdy nie byli przez jakąkolwiek władzę cenieni, jeśli chodzi o warunki pracy i wysokość pensji. Prawie zawsze byli na końcu listy płac w tzw. budżetówce. Zawsze uważałem i nadal sądzę, że nauczyciel powinien być bardzo dobrze wynagradzany, chociażby dlatego, że wykonuje niezwykle odpowiedzialna pracę. Ale jednocześnie powinien być świadomy, tego że jego zawód to specyficzna misja. Jego praca powinna być poddana stałej ocenie. Powinien wiedzieć, tak jak na przykład lekarz czy ksiądz, że wszyscy na niego patrzą. Powinien autentycznie angażować się w proces kształcenia młodych ludzi.

 

Zabrzmi to trochę korporacyjnie, ale może część zarobków nauczycieli powinna być uzależniona od ich skuteczności? Od tego jak ich wychowankowie będą się prezentowali np. na olimpiadach przedmiotowych?

 

- Na pewno jest to pomysł, który można rozważyć. W tym kontekście chciałbym jednak zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Mam na myśli znaczenie roli dyrektora placówki oświatowej. Otóż moim zdaniem w ostatnich latach spora część dyrektorów przestała podejmować niezbędne decyzje z uwagi na... strach. Boją się zatrudnianych przez siebie nauczycieli. Boją się uczniów. Boją się rodziców, kuratorów, dziennikarzy. Boją się praktycznie każdego, z kim choćby potencjalnie będą musieli się skonfrontować. Ktoś kto zarządza tak ważną instytucją jak szkoła, instytucją która ma przygotować młodych ludzi pod względem intelektualnym i wychowawczym do życia, nie może czuć lęku. Dyrektor szkoły powinien mieć - mówiąc obrazowo - porządny kręgosłup. Powinien mieć pełną swobodę w zakresie zatrudniania. Jeśli jakiś nauczyciel lekceważy swoje obowiązki, jest nieskuteczny, to powinien się liczyć z tym, że dyrektor może go zwolnić. Tak to działa w normalnych firmach. Tymczasem dzisiaj zwolnienie nauczyciela, nawet byle jakiego, wymaga odwagi i determinacji. Dzięki temu w szkołach mamy dziś sporo nauczycieli bez świadomości pedagogicznego powołania, którym nie chce się porządnie pracować. Jednocześnie ci nauczyciele wiedzą, że wypełniając minimum programowe są praktycznie nie do ruszenia, nikt ich nie zwolni, a już na pewno nie zrobi tego słaby, ogarnięty strachem dyrektor. I jeszcze jedno: znam bardzo wielu nauczycieli rozumiejących misyjność swojego zawodu, nauczycieli z powołania, ale są oni tak samo opłacani jak ci mierni, nieskuteczni, słabi. Dyrektorzy – niestety – nie mają znaczących narzędzi, aby istotnie zróżnicować pensje.

 

Zmieniając temat - jakie ma pan plany na najbliższy czas? Wiem, że zbliża się Festiwal Poetycki Pasierba...

 

- Organizację Festiwalu Poetyckiego powoli oddaję młodszemu pokoleniu: dyrektorowi Zespołu Szkół Ponadpodstawowych, dyrektorowi Miejskiego Ośrodka Kultury i dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej. Powiem szczerze: obecnie trzeba się mocno napracować promocyjnie i marketingowo, aby zmobilizować młodych ludzi do udziału w konkursach, szczególnie artystycznych. To jest jednak do zrobienia, gdy pracuje odpowiednio zaangażowana grupa ludzi. Przypomnę, że tegoroczny Festiwal odbędzie się 8 i 9 czerwca. To jednak nie wszystko, jeśli chodzi o wydarzenia, w które w tym roku jestem zaangażowany. 8 października organizuję wespół z Biblioteką Diecezjalną szóstą już konferencję popularnonaukową z cyklu "Wielcy ludzie małego Pelplina". Celem tego projektu jest pokazanie, że w tak małym mieście jak Pelplin żyło bardzo wielu ludzi, których działalność i twórczość ma znaczenie dla nauki i kultury Kociewia, Pomorza i całej Polski. W tym roku grono wybitnych referentów ze statusem akademickim będzie mówić o ks. Bernardzie Sychcie – językoznawcy, pisarzu, malarzu, autorze dwóch pomnikowych słowników: kaszubskiego i kociewskiego. Myślę już również o kolejnej, siódmej konferencji, która odbędzie się w 2023 r., poświęconej artystom malarzom i rzeźbiarzom, związanym z Pelplinem. Jesienią tego roku odbędą się jeszcze dwie konferencje: jedną (poświęconą „Rodłu” i ks. Domańskiemu) współorganizuję, w drugiej (poświęconej ks. biskupowi Janowi Bernardowi Szladze) wygłoszę referat. Poza tym piszę scenariusz kolejnego koncertu poetycko-muzycznego. „A mnie jest szkoda lata” – to jego tytuł, premiera na przełomie września i października br. w Miejskim Ośrodku Kultury, jak zawsze w znakomitej obsadzie artystów. A w najbliższej perspektywie ostatnie prace przy trzecim wydaniu „Alfabetu pelplińskiego” – swoistego leksykonu, przygotowanego pod moją redakcją przez grono pasjonatów historii naszego miasta. Do tego jeszcze teksty pisane do prasy lokalnej i regionalnej, ostatnio do „Pomeranii” i „Pielgrzyma”. W maju zaś – przyrzekłem sobie, że po raz ostatni! – praca w jednym z zespołów Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej. Będę sprawdzał i oceniał prace maturalne.

 

Warto jeszcze wspomnieć o pana radiowych audycjach o literaturze w Radiu Głos, które – moim zdaniem – są świetnie przygotowane i realizowane.

 

- To jest dłuższa historia. Moja współpraca z pelplińskim radiem trwa od początku jego istnienia, czyli w 1994 r.. Przygotowywałem z uczniami pelplińskiego LO audycje poetyckie, później prowadziłem „Notatnik teatralny”. A od dwóch lat systematycznie co tydzień jestem na antenie z półgodzinną audycją z cyklu „Spotkania z literaturą polską”. Nie będę ukrywał, że ich tworzenie przynosi mi satysfakcję. Mam świadomość, że tego rodzaju audycje muszą być akceptowalne przez tych słuchaczy, którzy nie są obeznani z literaturą. Staram się zatem dobrać przekaz tak, aby był on atrakcyjny – nie tylko pod względem merytorycznym, ale również muzycznym. Do każdej audycji dobieram ilustracje wokalne czy instrumentalne, które współgrają z prezentowaną tematyką.

 

Mimo emerytury grafik ma pan zatem stale zapełniony?

 

- Są jeszcze wnuki i jedyna wnuczka! Wszystkie w wielu szkolnym, a z tym wiążą się czasem - dla mnie jako dziadka - różne obowiązki. Wnuczęta to przede wszystkim wielka radość i dopełnienie całego życia.

 

Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę ciągłego czerpania radości z życia, jak i trwania przy dającej pożytki aktywności kulturalnej i popularyzatorskiej.

 

Rozmowa odbyła się 4 marca 2022 r.

 

KATEGORIA:   

PELPLIN

 


 

 POLUB STRONĘ NA FACEBOOKU

 

 

WAŻNE: Strona PELPLINER.pl korzysta z usług Google (np. Google Analytics). Dostępne na stronie pliki cookies (tzw. ciasteczka) zbierają, udostępniają i wykorzystują dane w ramach tych usług. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o zasadach, na jakich usługi Google zbierą i przetwarzają dane, możesz klinknąć w ten link: 

"Jak Google wykorzystuje dane gromadzone podczas korzystania z witryn i aplikacji naszych partnerów" 


UWAGA: Pliki cookies (tzw. ciasteczka) można samodzielnie wyłączyć. Można to zrobić poprzez dokonanie stosownych zmian w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki internetowej. Jak zrobić to na przykładzie przeglądarki Chrome można się dowiedzieć tutaj: 

"Zezwalanie na pliki cookie i ich blokowanie"